Pozostała trójka w niemej bezsilności spoglądała przez oczodoły czaszek z jakich wykonany był mur odgradzający ich do kancelarii Iron Lorda. Jego obity ludzką skórą fotel miarowo obracał się raz w lewo a raz w prawo kiedy Peter the Grey powoli dusił się swoją śliną walcząc z szóstą setką swojej karnej deklamacji. Stopy odziane w żeliwne sandały wtórowały do rytmu marniejącemu w oczach deklamatorowi. Sygnet ze skrzyżowanymi piszczelami wystukiwał ten sam rytm o marmurowy sekretarzyk.
Grudniowe dni ciągle krótkie ale jednak coraz dłuższe. I choć w lochach siedemdziesiąt metrów pod ziemią w sumie nie miało to żadnego znaczenia, nawet tam nagle poczuć można było powiew optymizmu... Wbrew wijącym się dookoła młodzianów czerwi i kołującym pod powałą podziemnym sępom-perliczkom...
